Zwykle to, co odkrywamy po samodzielnych bojach, odkrył już przed nami ktoś inny, używał, nosił lub choćby tylko nosił się z zamiarem...
Blog > Komentarze do wpisu

ZERO + (3)

Popołudnie było chłodne, jak cały dzień. Kilka stopni. Takie słabe 0+ Choć słońce ostro przeświecało przez chmury. Przy przystankowej budce nie stajały resztki śniegu.

Wysępił bilet od jednego z wychodzących z tramwaju pasażerów i wsiadł. Dziś był za dobrze ubrany, jakiś kanar mógłby go zaczepić, choć pociemniała zniszczona twarz i chropowata skóra rąk mówiły czasem zbyt wiele. Ludzie zapatrzeni w okna jak zwykle udawali, że nie widzą samych siebie. Ciepło tramwaju, na dworze chłód. Ktoś wiózł pieczonego kurczaka... Przyjemny zapach, choć teraz mdliło już Ryśka. Starał się nie myśleć o tym piwie, którego jeszcze nie wypił. Już niedługo: bazar... ziąb i chłód działki. Jednak ze słońcem zwykle było jakoś raźniej.

Jakaś mamusia tłumaczyła świat małemu chłopczykowi, który siedział jej na kolanach. Przypomniało mu się nagle, co kiedyś powiedziała ich matka, kiedy Michałowi i Marylce urodził się Krzyś. Była to jedna z tych jej mądrości, których całkowicie nie akceptowała Marylka. „On taki mały, a życie takie podłe... i próżny trud”.

Potem, kiedy Krzysio już biegał i dusił w swoich tłustych, nad wiek silnych łapkach przeróżne maskotki i kotkę Miłkę, babcia głaskała go po głowie, patrzyła na wszystkich i mówiła, że to czasem jednak dobrze mieć dzieci. W takich chwilach jak te, kiedy wychodzimy z kanałów i szukamy ukojenia. Człowiek przygląda się małym istotkom, jest z nimi, rozmawia i oszukując je co do istoty świata, jakoś... pozbywa się wszystkich wyrzutów sumienia.

Wysiadł przy bazarku, pokręcił się tu i tam. Popytał o robotę. Makowski, ten, który jesienią miał zawsze największe orzechy i piękne suszone owoce, a figi zwłaszcza tak wielkie jak śliwki, poprosił, żeby mu Rysiek wyniósł trzy skrzynki kapuścianych i kalafiorowych liści do śmietnika. Żeby mu na zapleczu poukładał to i owo. Zapłacił w towarze – ćwikłą, pomidorami i kiszonymi ogórkami z beczki. Babka z piekarni dała wczorajsze bułki i małą chałkę.

Rumun, jedyny, który się Ryśkiem nie brzydził, zaproponował poważną robotę. Żeby mu Rysiek posprzedawał w 2-3 weekendy, bo musi w domu być. Teściowie proszą na złote gody. No... to będzie akurat impreza na dwa dni. Goście mają przyjechać... Potem miały być jakieś chrzciny i coś tam jeszcze... nie dosłyszał, nie słuchał... ważna była robota.

Na Rumuna wołali „Rumun”, ale Rysiek mówił do niego grzecznie „Panie Mietku”, bo jemu inaczej nie wypadało. Pewnie dlatego też Rumun proponował czasem zarobek. Nie czuł się najgorszy. Był mały, chudy i ciemny jak dobrze podsuszony wołowy kabanos. Wiecznie zarobiony, zaganiany. Miał chyba najlichsze stoisko na całym bazarze, bo nie dorobił się nawet własnego parasola. Miejsce podnajmował do spółki z magikiem Sebą – gościem od sreber.

Seba przyjeżdżał co drugi tydzień i rozstawiał swój błyszczący kram na tym wspólnym kawałku placu między grubą Maziukową, handlującą proszkami i płynami do płukania, a Wietnamczykami z bielizną.

Do skośnych nikt nic nie miał, płacili regularnie, nie wchodzili nikomu w drogę, ale też i nie rozumieli po ludzku, choć Rysiek czuł pismo nosem – udawali, szczwane gapy. Może i inni wiedzieli, choć nie mówili nic. Czasy się zmieniły. Każdy dbał tylko o swoje i nikomu nic do czyichś interesów. Nie chcesz gadać? Twoja rzecz.

– Ile pan da, panie Mietku?

– Utargujesz, pogadamy. Procent będzie, ale masz być wiesz... na chodzie. Powiedzmy 10 procent? Dobrze będzie?

– Sie wie, panie Mietku.

Dobili targu, Rysiek zadowolony. U Pomidorów zarobiłby pewnie lepiej, ale od dawna obchodził ich szerokim łukiem. Wolał już pyszałkowatego Sebę z jego podrabianymi sreberkami, choć było z niego cholerne skąpiradło. Rysiek zwinął mu raz bransoletkę, innym razem kolczyki – takie duże cienkie kółka. Podarował to potem Nice. Raz na urodziny, raz na gwiazdkę. Powiedział jej, że jedno to znalazł, a drugie kupił. Nie odpowiedziała nic. Może wolała w to wierzyć?

Jak to dobrze, że tak szybko poszła się leczyć. Michał rozmawiał z lekarzem i mówił, że ma duże szanse, bo regularnie chodziła do ginekologa, co pół roku na usg i w ogóle. Biedna Nika... głupia... Nieraz Ryśka po pysku obiła, jakby to coś mogło pomóc. Przecież mówił, żeby ona na ten przykład, próbowała rzucić słodycze, to zobaczy, jakie to łatwe. Głuuupia Nika, ale biedna w sumie, bo to siostra, wiadomo. A magik, chytrus pieprzony.

Na wszystkich wyrobach Seby była próba. Ciekawe czemu akurat miejscu, gdzie srebra było najwięcej. Jednak to, co Rysiek mu wziął, wyglądało lepiej. Matka swego czasu pracowała w instytucie metali nieżelaznych, a i w domu było trochę biżuterii, za dobrych czasów. Sprzedawał ją potem, kiedy zaczął się zjazd... kiedy jeszcze mieszkał w domu, póki matka żyła. Dowiedział się tego i owego. Nauczył się intuicyjnie niemal rozpoznawał dobry metal, gorzej z kamieniami.

– To widzę Cię w sobotę o piątej tutaj. Nie, czekaj... może być wpół do szóstej – mruknął Rumun. Był ostatnim gościem, który powierzał Ryśkowi swoje stoisko i drobne na rozmianę. Wiadomo, że oszukać lub zabarłożyć można było tylko raz. Potem już nic... nikt...

He! Pomidory. Kiedyś tak ich nie nazywano, ale od czasu tej chryi... Pomidor złamał wtedy Ryśkowi nos, ale to nie miało znaczenia. Nastawili mu w szpitalu, za to resztka tego w Ryśku, co było Ryśkiem od początku, pozostała. Dlatego jeszcze się kulał, choć mimo że dobrze się już poznali, coraz mniej się rozumieli – Rysiek i świat.

***

niedziela, 01 stycznia 2017, tani1

Polecane wpisy

  • Niedziela czyli zwykłe radości małych chłopców

    2 zmiany ciuchów i 2 pary butów do prania... upaprane w glinastej ziemi No właśnie piorą się buty. Delikwent ubrudził nawet najładniejszą czapkę. Na pytanie, gd

  • Czwartek

    Obudziłam się jak zwykle zwarta i gotowa do boju. No nie... nie jak zwykle. Ostatnio dopadają mnie pierwsze jesienne liście na głowie. Podobno to może być niedo

  • Malyna

    Zasadzona w zeszłym roku mała sadzoneczka ma już owoce. I nie są to owoce z drzewa złego i dobrego, a z krzaczka maliny. Zrywam i zjadamy po 2-3 regularnie. A m

Komentarze
2017/01/03 12:02:29
Czekam na ciąg dalszy, mnie się, bardzo podoba :)
-
2017/01/03 20:17:29
Dziękuję bardzo, Agnieszko. Jeśli miałabyś jakieś uwagi krytyczne, z chęcią przeczytam. Na razie czekam jeszcze na opinie pewnej redakcji, której pozwoliłam to sobie przesłać. Chciałabym poprawić tekst na tyle, na ile można rozwinąć nieco, dodać okładkę i podarować pierwowzorowi bohatera :). Taki mam plan. Zrobię 2 egzemplarze. Jeden zostanie u mnie, drugi będzie dla niego. Teraz tak można. :)
-
2017/01/05 14:14:41
Na technicznej stronie pisania się nie znam, więc się wypowiem. :)
Żart.
Ale plan wydawniczy jest z takich, które uwielbiam. Taki magicznie niedzisiejszy...
-
2017/01/05 15:06:18
Zastanawiam się, czy to jest zbiór opowiadań, czy rozdziały powieści. Nie mam krytycznych uwag, na razie, mnie się podoba, ale po przeczytaniu całości może coś jeszcze zauważę. Plan wydawniczy ciekawy :)
-
2017/01/05 23:03:52
Witajcie. To jest takie małe opowiadanie tutaj daję fragmenty. Ale nie wiem, może rozwinę je w coś troszkę większego. Zobaczę jak czas i łeb jałowy ostatnio pozwolą. Roboty mam kupę, bo zaczęłam już drugi bawolasty komiks przystosowywać do wersji polskojęzycznej, a i we firmie spraw nie brakuje. No umysł jednak ruszać się powinien, jeśli nie chce zaśniedzieć. Oczywiście Żaboćkowi nie dorównam, bo on ma wizje. Ja ich nie mam... klecę z fragmentów opowiadań i pobożnych życzeń innych to, co tam się plecie w życiu. Bardzo mi miło, że to przeczytaliście i uważacie, że w miarę dobre. Będzie dla Ryśka, bo on czytać lubi. Ostatnio dałam mu książki bardzo się ucieszył. :) Macham Wam.

View My Stats