Zwykle to, co odkrywamy po samodzielnych bojach, odkrył już przed nami ktoś inny, używał, nosił lub choćby tylko nosił się z zamiarem...
Blog > Komentarze do wpisu

Zero + (4)

Bazar o poranku był pusty. Większość bud pozamykana.

Ludzie jeszcze się nie zjechali. Rumun miał najstarszego dostawczaka ze wszystkich. Brudnobiały stary Fiat, przeżarte rdzą nadkola, drzwi szoferki jakoś tak dziwnie się czasem nie domykały, wieczny bajzel na pace. Rzęził przy odpalaniu, ale jeździł. Bywało, że nieraz Ryśkowi w mrozy życie uratował. W największy ziąb Rumun podwoził Ryśka. Fakt, że akurat jechał w tamtym kierunku, co działki, bo miał gospodarstwo za miastem, ale tak czy owak trochę musiał zbaczać z drogi, w małą uliczkę Ojca Wincentego, przy której, w pewnej odległości od ogródków, po tym już, jak się Ryś na działkach zadomowił, wyrosły ładne bliźniaki. Teraz widywało się przy nich auta, że nie pogadasz.

Głupi Lampa kilka razy próbował zarzucić wędkę na takiego. Raz nawet ułożył się na drodze tak, że samochód nie mógł przejechać. Udawał, że zasłabł. Jeden objechał go dookoła wądołami, bo miał terenówkę, a drugi jak podszedł, to od razu do samochodu wrócił i zadzwonił po straż miejską. I tyle Lampa ugrał, że go do żłobka zabrali, bo i spisywać nie było z czego. Rysiek miał jeszcze dowód, Lampa od dawna nie. Wyszedł pokiereszowany, zmordowany i od razu, naturalnie, wprosił się do Ryśka. Ryś nie chciał go przyjąć z początku, ale... no jak tu odmówić takiemu Lampie? Głupie toto, sam sobie nie poradzi. Zdechnie pewno i tak gdzieś na ulicy, przy śmietniku, ale póki żyje... ale póki żyją... Lampa, Gapiszon i on...

Maziukowa ze swoim namiotem pojawiała się późno, za to Wietnamczycy byli jednymi z pierwszych. Mały, suchy mąż kiwał głową zawsze na powitanie i pożegnanie. Żona szczerzyła czasem w uśmiechu pożółkłe zęby, coś zagęgała, że niby po polsku. Tyle zazwyczaj było z nimi rozmowy. Rysiek rozumiał ich po swojemu i współczuł. Wiedział, że bardzo musieli się męczyć, gadając po naszemu. Zresztą, diabeł wie, co też przeszli u siebie, skoro tu przyjechali. A tutaj nawet budy porządnej nie postawili, mieli tylko namiot. Towar rozkładali na przykrytych ceratą skrzynkach. Maciejski, ten, co w zimie sprzedawał czapki i szaliki, a w lecie sukienki i sweterki dla pań, miał blaszak zamykany, z ladą z solidnego kawałka dykty. Chyba mu tego zazdrościli, bo Rysiek widział parę razy, jak Wietnamka szturchała męża i podbródkiem wskazywała na szmaciany pałac Maciejskiego. Może chciała mieć taki sam?

Z Wietnamczyków nikt się jednak nie śmiał otwarcie, że dziwnie mówią, że zrozumieć nie można. Czasem sobie ktoś tam zażartował, ale tak, żeby nie słyszeli. Bazarowy ludek był prosty, nieraz nietolerancyjny, ale akurat do skośnych, którzy pracowali jak mrówki – świątek-piątek, nikt nic nie miał, zwłaszcza, że nie jeździli bóg wie jakim autem i zwłaszcza, że nie wiedzieli tego, co wiedział Rysiek. A Rysiek widział ich kiedyś na mieście w kawiarni i to nie byle jakiej... Uuu – hotelowej – z tych najdroższych. Aż przystanął za witryną i wgapił się w nią, bo Wietnamczycy siedzieli z młodą dziewczyną. O, ładnie była ubrana, taka delikatna i elegancka... Torebka, buciki, płaszczyk przewieszony przez krzesełko. W lot się można było domyślić, że to córka, bo i kto by się tak śmiał, że aż klepał po stole spracowanymi dłońmi, kto by tak promieniał jak nie matka? Kto by nie miał tyle spokojnego zadowolenia na twarzy i dumy pewnej nawet..., jak nie ojciec? Rysiek nie znał się na wietnamskich twarzach, ale ogólnie na twarzach, to się przecież znał... I uśmiechnął się wtedy do siebie, stojąc za tą szybą, bo choć było mu podle, jak to zazwyczaj, jednak zawsze... Zawsze lubił patrzeć na szczęśliwych ludzi.

Zauważyli go po krótkiej chwili, ukłonił się i odszedł tak szybko, jak tylko mógł, bo nagle zrobiło mu się tak... no, kurwa, doskonale wiadomo, jak... W końcu gówno go obchodziło, że ludzie gapią się na niego bardziej niż zwykle. Wysmarkał się w bramie kamienicy, której nie zdążono jeszcze odomofonować, otarł nos rękawem kurtki i pożeglował dalej.

Kilka dni potem zagadał do Wietnamczyka, czy to była córka, że elegancka, że ładna i dowiedział się, że tak, córka, studia, Paryż... Dobra córka, lepszy los.

Wilgoć i ziąb. Ryś, oczywiście, musiał zgubić ostatnie rękawiczki. Smooolić. Rozgrzeje się człowiek ciepłą zupą, kiedy Gruby otworzy swój namiot.

Oj, Gruby nie bez kozery ważył dobre 200 kg przy prawie dwóch metrach wzrostu. Z nim by nikt nie zadarł, ani pałkarze ze straży, ani nawet pomidorowa brać. Inna rzecz, że kto by nie chciał jeść u Grubego? W pojemnikach ukrytych pod podgrzewaną ladą miał on wszystko, o czym człowiek głodny mógł tylko zamarzyć. A jaka tam była cebulka na tych kotletach, jaki tłuszczyk kapał z pieczonego boczku, golonki i karkówki. Pyzy... ech te pyzy żony Grubego... Lepszych nie robiła ani matka, ani nigdzie indziej się nie jadało, podobnie jak ręcznie robionych, delikatnych pierogów z mięsem, z kapustą, czy pływających w mięsnym sosie, kopytek... Co najważniejsze, Gruby miał też tanie zupy. Jeśli ktoś akurat nie mógł zapłacić, nalewał zupy i tak w małą plastikową miseczkę.

– A co ma mnie to zostawać? Wozić mam takie resztki? – niby to narzekał. W ten jednak łatwy sposób łapał nowych klientów.

Takim jak Rysiek nigdy zupy nie odmówił, choć nic lepszego nie dał za darmo. Ale Rysiek rozumiał dobrze – biznes to biznes. Zresztą, zdarzało się, że stać go było na obiad u Grubego, albo nawet w Mc Donaldsie.

Pierwszą i najważniejszą rzeczą było jednak piwo. Wysępił parę groszy a konto od Rumuna. Dostał też znicz do ogrzewania rąk. Rumun miał zwykle kilka ze sobą, a w listopadzie, wiadomo, handlował i takim towarem. Raz nawet dał Ryśkowi posprzedawać znicze na wiosnę pod Prawosławnym. Jakoś się żyło. I na kawałek chabaniny dla Gapiszona wystarczało.

Rysiek sam raczej nie kupował dla kota żarcia w saszetkach lub puszkach. No chyba, że dostał. Pani Hania, u której zaopatrywał się Michał, nieraz dawała coś ekstra i wtedy Rysiek dostawał to dla Gapiszona. Normalnie zaś karmił go, czym tam miał. Była tania surowa wątróbka, płucka, okrawki wędlin... A jak jadł kiełbasę, albo mielonkę z puszki, to i kocisko dostało. Bo się też Gapiszon i wpraszał. Na kolana właził, łeb pchał do puszki. Ocierał się o ręce. Nie dawał też czytać. Co Rysiek jakąś książkę dorwał i cieszył się na wieczorne czytanie, to się mu kocisko pakowało na kartki. Układało się i dalej się przymilać, w oczy patrzeć, głową szukać ręki. No to go Ryś zdejmował, ale musiał to robić kilka razy, bo kot jakby nie rozumiał. W końcu, ofuknięty, szedł sobie na krzywy fotel, pomraukiwał niezadowolony, albo życzył sobie, żeby go wypuścić z domku.

Głupi był Gapiszon życiowo niemożliwie. Nie raz widział Rysiek, jak polował na gołębia lub szczura. Nigdy nic złapać nie umiał. A michałowa Miłka, wychowana w domu, która przecież miała dość jedzenia, bywało, że mysz upolowała! I to w mieście! Nikę dziwiło skąd też te myszy biorą się na gęsto zaludnionym osiedlu. Fakt jednak, Miłka co roku przynosiła do domu po kilka. Na początku, opowiadał Paweł, próbowała zachęcić do nich Krzysia. Ale mały ryczał i chciał myszki ratować, więc jak zwierzątko jeszcze żyło, wypuszczano je na dwór. Jak nie, Marylka z Michałem zakopywali je w ogródku, bo mieszkali na parterze i Marylka miała pod oknem zawsze ładne krzewy i kwiaty. Miłka chodziła wtedy kilka dni obrażona. Czasem, podobno, kładła mysz na dywanie, ale nie odstępowała jej, czujna, ogon tylko się ruszał. Jak ktoś chciał podejść, natychmiast łapała i zjadała ją gdzieś w kącie. Co za kotka!

No i proszę, a Gapiszon nic. Niezaradny i niepoukładany, prawie jak Lampa, chociaż Michał mówił, że jak Rysiek.

***

wtorek, 03 stycznia 2017, tani1

Polecane wpisy

  • dokładnie 25 lat

    Dzieli mnie od Nagasaki To trochę tak, jakby urodzić się 1 listopada. Dziś film o Hiroszimie. I kto by kiedyś pomyślał, że potem będę miała w domu cząstkę Japon

  • Złodzieje czasu...

    Złodzieje czasu, prawdziwi złodziejekradną czas sobie, dziwnie się tak dziejeże tylko ociupinkę jeszcze tam czy tupopracują, ukradną sobie trochę snu… 

  • Na ulicy Edelweiss...

    ...kwitną róże wszystkich kolorów, ulicą Edelweiss przechadzają się leniwie bezpańskie psy. Na ulicy Edelweiss domy biedne i domy bogate stoją opierając się o s

Komentarze
2017/01/04 18:41:13
Podoba mi się styl opowiadania, taki trochę z rosyjska snujny, płynący z wolna, jak rzeka po nizinie, dajmy na to : cichy Don (nie powieść, a rzeka).

View My Stats